Usiadłem wczoraj do Netfliksa i obejrzałem.
I nawet się nieźle uśmiałem, aczkolwiek mam wątpliwości, czy aby na pewno na takim rodzaju ekscytajci widza zależało autorom filmu.
A pośmiałem się przede wszystkim z dialogów i gry aktorskiej. Nie mam do tego filmu podejścia typu "jest groźny, bo burzy idee feminizmu" - zwyczajnie dlatego, że nie wierzę, że jakakolwiek idea jest w stanie opisać stosunek człowieka do czegokolwiek - w pełni. Gatunek ludzki ma to do siebie, że nie uznaje jedynie słusznych podejść i zawsze w każdej niemal sprawie jest podzielony. Dlatego, jak słyszę głosy, że "365 dni" wyrabia u kobiet niewłaściwe podejście do ich prawa, do kultury patriarchatu, do podporządkowania... Odpowiadampo borewiczowsku, że w wielu kobietach tego wcale nie trzeba wyrabiać, bo one już dawno mają to wyrobione i często nie czują się z tym źle. Nie oceniam oczywiście, która postawa jest lepsza czy gorsza - stwierdzam prosty fakt, że jest dużo kobiet, którym historia z filmu będzie się podobała i same przeżycia takiej by nie odmówiły.
A mnie ta historia pozwala pośmiać się z jej telenowelowej narracji i poziomu aktorstwa. Bo ten film to jest taka trochę brazylijska telenowela z ostrymi (ale oczywiście bez przesady) scenami erotycznymi. Aktorzy nie grają, tylko stroją miny - widzieliście może taki mem z Batmanem i Wonderwoman "co widzi ona a co wodzi on podczas seksu"? No właśnie

dużo jest takich min. Aktorki są jakieś....dziwnie jednakowe. Nie wiem, może to kwestia wspomagania się Jackiem Danielsem podczas seansu, ale ciężko mi było odróżnić Sieklucka od Lamparskiej, taki miały podobny typ urody... Gdzieś tam się jeszcze pojawia "Ex" naszego głównego bohatera mafiosa - i też jakas taka sama... Mało tego, cameo panny młodej gra zdaje się autorka literackiego pierwowzoru... I ona też jakas taka podobna do reszty

moze tu jest klucz?
Aktorki aktorkami, ale wytrzeszcz u głównego bohatera męskiego jest unikalny i jedyny w swoim rodzaju

i więcej nie będę pisał, żeby nie zostać posadzony o zazdrość męska

trochę mi było szkoda Bronisława Wrocławskiego (w filmie ktoś w rodzaju Toma Hagena) , który snuje się po ekranie niewiele mówiąc i tylko patezy takim zbolałym wzrokiem...
Można się też pousmiechac przy niektórych zabiegach scenariuszowych (uwiodlo mnie nagle pojawienie się dwóch projektantów mody celem zrobienia sukni dla bohaterki, przy czym w filmie wygląda to tak, jakby nagle pojawili się oni na jachcie - w którego każdym zakamarku para kochanków właśnie uprawiała seks

gdzie oni byli?) a także z ambicji reżysera, który dość ostentacyjnie wkłada do filmu mały cytat z Kubricka.
Dialogi?

utkwiły mi w pamięci dwa. Pierwszy to, jak mafioso mówi do porwanej "nie zrobię niczego bez twojej zgody..." jednocześnie ściskając ją za pierś. To taki przykład na logicznośc i spójność scenariusza.
I drugi, pokazujący ogólny poziom i styl filmu - "zerżnę cię tak, że bedzie cię słychać w Warszawie". Akcja dzieje się na Sycylii, więc pospiesznie obliczyłem, że gdybym w swoim mieście zapragnął być równie romantyczny i męski jak mafioso z filmu, musiałbym zmienić Warszawę na Lizbonę na przykład...
Dobra, wystarczy już tego. Film nie ma żadnej zalety poza kilkoma nie najgorszymi piosenkami w soundtracku i paroma ładnymi widokami sycylijskich krajobrazów.
Chała, jakiej dawno w polskim kinie nie było.
1,5/10.